Jak Piłat w Credo

„Zmartwychwstały” zachwycił mnie dopiero, gdy oglądałam go po raz drugi. Wprawdzie do dziś nie wiem czy była to komedia, czy film sensacyjny, ale i tak gorąco polecam.

Scena przesiewowa

Film to dzieje pewnego trybuna rzymskiego Claviusa Acvili Valeriusa Nigera, służącego w Judei i okolicach, którego żywot przypadł akurat na czas działalności Pana Jezusa i którego osobiście udało mu się spotkać.[1] Akcja rozpoczyna się w ten Wielki Piątek. Na wstępie mamy jednak do czynienia z malutką batalistyczną sceną przesiewową – pełną brutalności i krwi, kiedy to Clavius, unika strzał niczym adept klasztoru Szaolin, dowodzi i walczy jak lew, a przy tym prezentuje pewną nonszalancję w zabijaniu, będącą wynikiem zawodowego wypalenia, o którym mowa będzie w dalszych częściach opowieści. Przesiewowość rozciąga się na kolejną scenę, natomiast później film staje się już całkiem przyjemny i w wielu miejscach nawet zabawny.[2]

Zarys problematyki

Znękany życiem Piłat, który nie może domyć rąk, wyznacza swemu ulubieńcowi Claviusowi coraz to nowe zadania: a to dobić pewnego Skazańca, a to opieczętować Jego grób i go pilnować, a to znów znaleźć Jego Ciało po zaginięciu. Jakby tego było mało, wyznacza mu do pomocy ambitnego i wyraźnie nadgorliwego młodzieńca Luciusa. Równie umęczony trybun bez cienia entuzjazmu wykonuje rozkazy z posłuszeństwem godnym świętych aż do chwili, gdy w Wieczerniku widzi rzeczy, od których omal nie pada trupem.

Casting

W tym filmie wyjątkowo zwrócił moją uwagę dobór aktorów do poszczególnych ról. Mężczyzna grający głównego bohatera to przystojny Brytyjczyk o rysach mówiących wyraźnie, że na pewno nie jest Włochem. Doceniam jednak, że usiłowano go ucesarzyć przy pomocy „rzymskiej grzywki”. Na gorące brawa zasługuje tu nos Kajfasza, którego kształt zdają się eksponować specjalnie mu poświęcone ujęcia kamery. Natomiast platynowość Dracona Malfoya rzuca się w oczy i przeszkadza tylko do momentu, gdy uświadomimy sobie, jakiej metamorfozy jesteśmy świadkami. Nie ma to jak zmienić repertuar z demonicznego Harrego Pottera na film polecany przez księży katolickich. A niech by nawet grał Benedykta Czarnego, byleby już nie wracał w te mroczne strony kinematografii.

Kluczowy Bohater

Większość apostołów jest albo niskiego wzrostu, albo szczupłej sylwetki, natomiast Pan Jezus jawi się jako rosły i barczysty mężczyzna, który pośród nich wygląda jak ojciec wśród dziatek lub jak rozłożyste drzewo w otoczeniu sadzonek. Ogólnie Chrystus jest umiarkowanie majestatyczny, ale charakteryzuje Go wyjątkowa „cielesność” – może dla podkreślenia, że prawdziwie zmartwychwstał – pije wodę z manierki, pozwala się przytulać wszystkim apostołom (oczywiście zwłaszcza św. Janowi), dotykać swoich Ran, a napotkanego trędowatego szczelnie zawija szatami, całuje, ściska i dopiero potem uzdrawia. Może po to by nie powielać wzorców, a może wykorzystując po prostu brak informacji w Ewangelii, odziano Zmartwychwstałego w granatową, powłóczystą tunikę, która doskonale komponowała się z jego ciemną karnacją. To pewnie na wypadek, gdyby nad Morzem Śródziemnym było zimno. A być może to po prostu znak, że uwielbione ciało już nie ma problemów z fizyką światła – to tak dla zachęty.

Kropla drąży Piotra

Niezmiernie podoba mi się postać żywiołowego św. Piotra. W pewnej scenie dobroduszny papa Peter idzie nocą do naszego bohatera, aby poczęstować go wodą z bukłaka. Clavius nie spodziewając się wizyty, rani go mieczem w nogę, na co ten reaguje gniewem i złośliwie rozlewa wodę na oczach spragnionego bohatera. W sąsiedniej scenie jedząc chleb i trzymając w ręku dwa kawałki waha się chwilę, którym poczęstować „gością”, ale w końcu wybiera mniejszy i ten mu rzuca. Jak widać jeszcze wiele się zmieni, ale ziarno już zasiano. Kości zostały rzucone. Piotr przeżył niedawno swoją II ONŻ, ale owoce jeszcze się nie objawiły.

Cóż wspólnego Rzymowi i Jeruzalem?

Przez cały film jesteśmy pomiędzy dwoma światami – rzymskim i żydowskim oraz rzymskim i chrześcijańskim. Kontrast między ich przedstawicielami rzuca się oczy. Kiedy Kajfasz i jego towarzystwo nachodzą Piłata w coraz to nowych sprawach, nasi bohaterowie są zmęczeni, ale pobłażliwi. Gdy nowonarodzeni chrześcijanie[3] opowiadają wesołe historie o zmartwychwstaniu, Rzymianie mają dość. Tak się dzieje, kiedy poważni ludzie chcą zajmować się poważnymi sprawami, ale na drodze staje im zabobon. Umęczony Clavius pyta niewidomych, czy widzieli Zmartwychwstałego, przekopuje żydowskie cmentarze i przy blasku świec medytuje nad Całunem Turyńskim. Na uwagę i uśmiech zasługuje moment, w którym nieco już zdesperowany modli się wyjątkowo nie do boskiego Marsa, a do Jahwe o pomoc w rozwikłaniu zagadki. Podejrzewa bowiem, że Bóg hebrajczyków ma coś wspólnego z niepowodzeniem jego zabiegów. „W nagrodę” obiecuje wznieść Mu świątynię oraz wyprawić igrzyska ku Jego czci. Modlitwa działa i dwa światy zaczynają się do siebie zbliżać, ale bardzo powoli i mozolnie. Niemal każde ujęcie kamery obrazuje kontrast między poważnymi, twardo stąpającymi po ziemi Rzymianami z bronią u pasa i rozemocjonowanymi, opowiadającymi wątpliwe historie świętymi. Nawet w chwili, kiedy Clavius widzi Chrystusa na własne oczy i kiedy potem decyduje się podążyć z apostołami do Galilei, dystans nie ginie. Trybun nie pasuje do nich, wyraźnie odznacza się na tle apostołów urodą[4], strojem, budową, sposobem poruszania się. Wszedł Clavius jak Piłat w Credo, ale chociaż jemu dobrze to towarzystwo zrobiło.

Dzień bez śmierci

Clavius jest żołnierski, prosty i męski. Bardzo podoba mi się scena jego rozmowy z Jezusem. Dotąd, mimo iż był tak nieopodal, nie rozmawiał z Mistrzem. Trzymał się z dala, choć i tak podszedł już wystarczająco blisko, by się przyjrzeć temu niezwykłemu zjawisku[5]. Nocą, gdy apostołowie śpią, nasz bohater decyduje się pomówić z Panem[6]. Rozmowa jest przeciekawa – urywana, nie do końca wiadomo, co jest jej przedmiotem. Ale jest właśnie taka męsko-żołnierska – Clavius nie umie chyba rozmawiać inaczej, nie wie co powiedzieć, kiedy Pan prosi go, by mówił prosto z serca. Przyznaje się, że był przy Jego śmierci, i że pomagał żołnierzom. Wyjawia to niepewnie, może spodziewając się zemsty. We wcześniejszych scenach, zdradził Piłatowi, że marzy mu się dzień bez śmierci. Jego praca trybuna polega bowiem głównie na zabijaniu wrogów lub grzebaniu swoich. Nie inaczej w filmie: zajmuje się poszukiwaniem Ciała, czyli w tym przypadku Żywego wśród umarłych i robi to dosłownie, rozgrzebując żydowskie kirkuty. Kiedy więc Jezus pokazuje mu, że zna pragnienia jego serca, jest zaskoczony i nie wie co powiedzieć. Na koniec płacze – tak trochę, tak po męsku – tak jak czterdziestolatek, który robi to pierwszy raz.

Bezpodstawna refleksja eklezjologiczna 

Zmartwychwstały to tytuł mówiący chyba nie tylko o Chrystusie. Zmartwychwstał także Clavius. A skoro on, to to samo czeka również krańce ziemi, do których pod koniec posyła filmowy Jezus swoich wesołych apostołów. Mówią, że kobieta kananejska – ta od szczeniąt – jest figurą Kościoła, ponieważ On to już nie tylko Żydzi, ale właśnie poganie. Przecież to zbyt mało, że Chrystus miał zgromadzić ocalałych z Izraela. Podobny eklezjalny rys posiada Samarytanka – też nie Żydówka. Zapewne widzę w tym filmie rzeczy, o których nie wiadomo reżyserowi, ale taką postacią jest tu dla mnie Clavius Rzymianin, pasujący do gromadki apostołów jak kwiatek do kożucha, wyglądający przy nich jak doberman wśród terierów. A jednak twórcy dołożyli wszelkich starań, by subtelnie zasygnalizować nam, że przygoda Claviusa z chrześcijaństwem wcale nie kończy się wraz z napisami.

Nikt się nie spodziewał

W rozmowie z Chrystusem Clavius zderza się z rzeczywistością nieznaną. Jego świat i prawdopodobnie cały świat funkcjonował na innych, bardzo prostych zasadach: ktoś zawinił, wymierzano mu karę lub szukano zemsty. Byli słabi i silni, byli ci wysoko i ci nisko. Nawet Żydzi niewiele różnili się pod tym względem od reszty. Zdawać by się mogło, że to jest właśnie tak jak ma być: życiowo, realistycznie. To dlatego Clavius z niepewnością wyjawia Jezusowi swój udział w Jego śmierci – Chrystus okazał się niespodziewanym zwycięzcą. Należało się bać. Nikt się nie spodziewał chrześcijańskiej rewolucji. Zastanawiam się, jak reagował świat pogański na nakaz miłości nieprzyjaciół, na przebaczenie, na bycie sługą, mycie nóg i ogołacanie siebie. To musiał być prawdziwy szok, zupełna abstrakcja. A najlepsze jest to, że do dziś nic się nie zmieniło.

Giovanna Jakimowicz


[1] Łk 10, 23 – 24

[2] Na szczególną uwagę zasługuje w tym względzie postać wesołego św. Bartłomieja, który zawczasu sprawia wrażenie jakby upił się młodym winem.

[3] oto są baranki młode

[4] Szczególnie jest to widoczne jeśli zestawimy fryzury Claviusa i św. Piotra.

[5] „Dlaczego Krzew się nie spalił?”

[6] O urokach nocnych rozmów wie więcej Nikodem i św. Jan od Krzyża.