XX niedziela zwykła (Łk 12,49-53)

Pragnienie Jezusa

Za nami Uroczystość Wniebowzięcia NMP, przed nami Uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej. Można pomyśleć, że wiara oparta jest na Maryi i do Niej prowadzi. Wielu ludzi nie widzi potrzeby Maryi w życiu. Tymczasem myśl Kościoła, to Jej spokojne towarzyszenie w kroczeniu za Jezusem, dlatego tak często Maryję wspominamy w różnych odsłonach. Nie zaniedbujmy relacji z Nią, Ona nas zawsze prowadzi do Jezusa.

Jezus w Ewangelii mówi: „Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął” (Łk 12,49). Greckie thelo oznacza pragnąć, rozkoszować, chcieć, kochać. Jezus jest rozkochany faktem, że ogień będzie na ziemi. To pokazuje jak bardzo Jezus jest świadomy swojej misji. Ogień jak chodzi o trawi nie zachowuje się spokojnie, nie omija jakiejś kępki trawy czy drzewka bo mu się spodobało, albo coś go poprosiło o spokój, ogień zżera wszystko i nie ma nic wspólnego ze spokojem. Dlatego Jezusowe słowa: „Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam” (Łk 12,51). Jezus nie przyszedł zaprowadzić pokoju na świecie. On nie jest pacyfistą. Jezus chce dać pokój w serce człowieka. To nie w strukturach jest źródło pokoju, ale w sercu człowieka. Bóg chce, by w mocy Ducha Świętego wypalić wszystko co złe.

Stąd Jezus mówi dalej: „Chrzest mam przyjąć i jakiej doznaje udręki, aż się to stanie” (Łk 12,50). Greckie baptisma – oznacza m.in. zanurzenie, ale równocześnie chrzest. Chrzest Jezusa to Jego śmierć i zmartwychwstanie. Jezus musi zanurzyć się w świat, w jego grzech, aby wypełnić misję. Jezus aż nie mógł usiedzieć na miejscu. Czasami jak obserwujemy małe dzieci widzimy, że nie mogą dłużej chwili czasu usiedzieć w jednym miejscu, chcą się bawić, biegają na okrągło. I pytamy: skąd mają tyle siły? Jezus też nie mógł usiedzieć na miejscu, ale z miłości do Ojca i Jego dzieła stworzenia przyszedł, aby się zagłębić w świat i go wyprowadzić do życia. Ta droga to konfrontacja ze złem.

Dzisiaj ogromną pokusą jest pokusa świętego spokoju. Nie zaangażować się w nic, zbytnio nie narzucać się Jezusowi, ale tez nie wchodzić w paradę złemu duchowi. Święty spokój prowadzi do uśpienia. Zły duch wmawia człowiekowi, że robienie czegoś więcej nie jest potrzebne w życiu wiary, że warto zadowolić się tym co jest i żyć w mentalności: i tak robię więcej jak inni, mogę więc żyć w spokoju. I faktycznie można by na tym pozostać, tylko problem polega na tym, że wiara to nie zbiórka różnych duchowych szkoleń, ani konkurs odznak duchowych. Bóg nie będzie nas oceniał przez to, że zaliczyłem Oazę, byłem ministrantem, a w dorosłości byłem chwilę w Odnowie albo w Domowym Kościele, a patrząc na wielu innych, nawet nie liznęli nic z tych ruchów. Albo pocieszać się, że byłem na kilku kursach nowej ewangelizacji i jeszcze uczestniczyłem w kilku Seminariach Odnowy Wiary i jeździłem na rekolekcje i dodatkowo to jeszcze czytam blogi i mam zasubskrybowany kanał o. Szustaka lub ks. Chmielewskiego na youtubie. Wiara to nie łapanie duchowych odznak. Wiara to relacja, o którą trzeba codziennie walczyć. Ta walka jest nieunikniona. Nie ma tam miejsca na święty spokój. Panie Jezu niech w moim sercu gości Twój ogień! Niech gości niepokój, który będzie motywował mnie do walki o relację z Tobą! A co Słowo, Pan Bóg mówi dzisiaj Tobie?

Doświadczania Boga w codzienności! +

ks. Damian Ziemba